Czarnochora (listopad 2010)

Po dłuższej nieobecności w Karpatach, człowiek stęskniony za  tą krainą wyśnioną o czym może marzyć? Korzystając z długiego weekendu listopadowego wsiadamy w pociąg relacji Kraków – Przemyśl i ruszamy po przygodę. Busik do Medyki, granicę pieszo i łapiemy marszrutkę do Lwowa. Nocnym pociągiem jedziemy do Kołomyi żeby tam złapać elektriczkę do Kwasów (po drodze pociąg się psuje, ale któż by się takimi rzeczami przejmował, wszak przygoda rozpoczęła się już w momencie wyruszenia z domu i trwa, po jakimś czasie, kilku łyczkach optymizmu pociąg jednak rusza), skąd chcemy zacząć nasze karpackie wędrowanie. Dzień w Kwasach wita nas ulewą.  Siedzimy chwilę pod sklepem, ale nie zanosi się, żeby miało przestać. Po jakimś czasie ruszamy się w końcu i idziemy jednak na szlak. Po 3 godzinach marszu w strugach deszczu, przemoczeni do suchej nitki dochodzimy do pustej stai i oczywiście zamierzamy skorzystać z noclegu.

W drodze na Seszula

W drodze na Seszula

Udaje nam się rozpalić ogień na palenisku, wysuszyć wszystko, przy okazji moje buty stopić (oj taaak parowały, schły szybko…). Do końca wyjazdu będą musiały jakoś jakoś wytrzymać, albo raczej ja.
Kolejny dzień prezentuje się całkiem nieźle. Ziemia zaczyna parować, słońce próbuje świecić. Zamierzamy przez Seszul wejść na Pietrosa. Seszula okrążamy, odrobinę trawersujemy, we mgle już się zastanawiamy czy nie jesteśmy przypadkiem na Pietrosie i w którą to stronę. W tej mgle na zboczach Seszula spotykamy dwójkę turystów (z Kijowa i Władywostoku), którzy są tak samo zaskoczeni jak my. Kto by w taką pogodę szedł w góry?  Wymieniamy parę zdań i rozstajemy się życząc sobie wzajemnie miłego dnia.

Spotkanie na Seszulu

Spotkanie na Seszulu

Perspektywne miejsce na nocleg w deszczowy wieczór

Perspektywne miejsce na nocleg w deszczowy wieczór

Po niedługim jednak czasie spotykamy się w opuszczonej wiosce pasterskiej gdzie szukamy schronienia przed deszczem w jednej ze staj. Palimy w kominku, pijemy herbatę, śpiewamy i dyskutujemy na różne tematy. Wieczór mija w bardzo sympatycznej atmosferze. Rano o godz. 5:00 umawiamy się i idziemy wszyscy na Pietrosa (2020 m n.p.m.). Udaje nam się wejść na szczyt, mimo iż wieje bardzo silny wiatr, w połączeniu ze zmrożonym deszczem i mgłą stanowi ciekawą mieszankę.

W drodze na Pietrosa

W drodze na Pietrosa

blog 6

Pietros (2020 m n.p.m.)

Wędrujemy sobie karpackimi ścieżkami, zatrzymujemy sie na herbatę w Punkcie Ekologicznym Rohnieska (od razu nam się marzy tutaj kiedyś spać i o poranku mieć taki piękny widok na grań Czarnochory).  Na nocleg znów znajdujemy schronienie „Hotel Koliba” **** (tylko jedna gwiazdka odpadła). Palimy w piecu, gramy w kółko i krzyżyk, lepimy bałwany, i wypijamy piwo „Cerna Hora”,  które schowane było na dnie plecaka na taki właśnie wieczór.

Hotel Koliba ****

Hotel Koliba ****

Schodzimy rano do Łazeszczyny i pomału wracamy do Lwowa… i do domu.
Piękne te Karpaty w jesiennej odsłonie, takie tajemnicze i magiczne.

Termin: 11-14/11/2010
Czas: 4 dni
Ekipa: Maciej, Madzia, Goł, Sasza i Sasza
Trasa:
dzień 0 – 1: Przemyśl – Medyka – Lwów – Kołomyja – Kwasy
dzień 2: Kwasy – Seszul
dzień 3:  Seszul – Pietros – Hotel Koliba
dzień 4: Hotel Koliba – Łazeszczyna – Kołomyja – Lwów – Madyka – …