Munti Bihor (listopad 2009)

A może by tak pojechać gdzieś dalej? Bardziej na południe to będzie cieplej! Chętna piątka  bardzo szybko się znalazła i pełni dobrego humoru po prostu pojechaliśmy, tak szczerze mówiąc zupełnie nie przygotowani, bez jakiegoś konkretnego celu – do Rumuni. Droga długo nie zajęła (albo nam się tak wydawało bo spaliśmy, bo to była noc) nad ranem obudziliśmy się już w Rumuni, kierowca przespał się w jakimś polu kukurydzy, po czym ruszyliśmy dalej. Pomysł był taki, że dojedziemy do pierwszej miejscowości, poszukamy turist-info i dowiemy się co i jak, gdzie pojechać, może nawet jakieś mapy kupić? Plan był dobry. Trafiliśmy do miasteczka Stei, okazało się, że informacji turystycznej nie ma ale dotarliśmy dzięki miejscowym do czegoś w rodzaju „dyżurki GOPR” i przesympatyczny Pan dokładnie powiedział co i jak i gdzie i kiedy. Narysował nam mapę na kartce papieru, z zaznaczeniem ważniejszych punktów, dał parę rad, ostrzegł przed niedźwiedziami i życzył miłego dnia. Zgodnie z instrukcjami pojechaliśmy na Przełęcz Vartop, gdzie zjedliśmy śniadanko, zrobiliśmy zdjęcie mapy jaka była przy drodze na wszelki wypadek gdyby ta nasza narysowana była niezbyt dokładna. No i ruszyliśmy pod górę – bo taki był w zasadzie cel. Dotarliśmy do Groapa Ruginoasa (gdzie Bear Grylls walczył o przetrwanie), zachwyceni widokiem rozbijamy namioty i zjadamy najcięższe rzeczy, wypijamy małe co nieco i kładziemy się spać. Kolejny dzień przecież na pewno przyniesie jakieś przygody.

IMGP1149_blog

Poranek wita nas deszczem, ale skoro Bear dał radę to my nie damy? Ubieramy się w kolorowe plastikowe peleryny z kiosku za 2 zł i idziemy. Śpiewany ulubioną piosenkę „Lecz gdy piosenkę usłyszało, to tak się bardzo zachwyciło, zza wielkiej chmury zaraz wyszło i nam radośnie zaświeciło…” no i faktycznie zaświeciło pięknie, do tego tęcza się pokazała i piękne widoki. Mijamy chyba jakieś stare schronisko zatrzymujemy się na chwilę i idziemy dalej. Kolory jesieni piękne. Docieramy do pierwszej z jaskiń Pestera Muncelului. Ciut nieśmiało ale wchodzimy do środka. Jaskinia robi na nas wrażenie, choć nie jest jakoś imponująco duża, ale dreszczyk emocji jest. Trochę się gubimy ale w miarę podążamy szlakiem, który jest nieźle wyznakowany (no i wszystko cały czas zgadza się z naszą odręczną mapą). Po niedługiej chwili dociekamy do kolejnej jaskini Pestera Coliboaia.
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAPraktycznie pionowa ściana, wysoka chyba na 500 m (wysokościomierz w oku)… no przerwa aż się prosi w takim pięknym miejscu. Fasolka po bretońsku jeszcze w plecaku kolegi się ostała, więc wogóle jest full wypas. Do jaskini nie udaje się nam wejść, tylko jakieś zagłębienia penetrujemy, wejścia nie znaleźliśmy. Posileni ruszamy dalej. W związku z tym, że nie byliśmy przygotowani merytorycznie, nikt nie poczytał więc kolejna jaskinia na naszej drodze była znów zaskoczeniem! W życiu tyle jaskiń nie zobaczyłam. No i trafiamy na następną – Pestera Magura. Jest to największa jaskinia jaką udało nam się odwiedzić no i chyba najpiękniejsza. Nie potrzebnie dzielimy się na dwie podgrupy, bo udaje nam się zgubić i nie można było znaleźć wyjścia z jaskini. Z koleżanką udaje nam się jakoś trafić do wyjścia, ale druga część ekipy albo dobrze się bawi, albo zwiedza jeszcze bardziej dogłębnie… ale już po zmroku w końcu wychodzą! Już wyobraźnia zaczęła działać i bardziej spodziewałam się, że miszka wyjdzie z tej jaskini niż oni. Ale udało się połączyć siły i już przy świetle księżyca szukamy miejsca na nocleg… stromo wszędzie, więc idziemy i idziemy i w końcu kawałek wypłaszczenia znajdujemy i się rozbijamy (choć nie wiem czy było płasko, bo śpiwór koleżanki stoczył się na dół i długo zajęło żeby go znaleźć parędziesiąt metrów niżej).  Noc jest piękna a poranek jeszcze ładniejszy – feria barw aż bije po oczach – pięknie.

IMGP1327

Schodzimy ostro w dół i dochodzimy do strumienia. W związku z tym, że ściany po obu stronach są bardzo strome, nie mając wyjścia idziemy strumieniem w dół. Po drodze odwiedzamy jeszcze dwie jaskinie (których nazw niestety nie pamiętam). Praktycznie cały dzień schodzi nam schodzenie tym strumieniem, przekraczamy go w poprzek chyba co parę metrów, czasami przeskakując, czasami po jakimś zwalonym drzewie, a czasami na bosaka. Wieczorem docieramy do miejscowości Sighistel.  Udaje nam się namówić Pana żeby jeszcze otworzył dla nas sklep. Zaopatrujemy się w niezbędne rzeczy - świeczki żeby łatwiej rozpalić ogień z mokrego drzewa (w końcu padało dwa dni), kiełbasę na ognisko, zimne piwko i chleb. Więcej do szczęścia nie potrzeba. Całą noc pada deszcz. Ale cóż przecież z cukru nie jesteśmy. Wracamy na Przełęcz Vartop. Przepakowujemy plecaki i udajemy się w stronę najwyższego szczytu Gór Bihor. Idziemy parę godzin, rozbijamy namiot, by rano powitać już zimę i mgłę, że widać tylko parę metrów dalej. Troszkę nas zasypało, a że przez ostatnie dni wszystko nam się przemoczyło, decydujemy się jednak schodzić na dół żeby nie pozamarzać. Przecież tu jeszcze wrócimy…

IMGP1538_blog

Termin: listopad 2009
Czas: 5 dni
Ekipa: 5 osób