Powroty w Beskid Sądecki – Skiturowo nad Wierchomlą

DSC_0324Jak widać nie długo trzeba było czekać, żeby przyjechać ponownie w Beskid Sadecki aby mieć tą szansę podziwiać Tatry (o ile się oczywiście pokażą). Ekipa zebrała się mocna – Madzia i ja :) Do tego okazało się, że Karol jest w Sądeckim na wędrowaniu. No więc jest weekend to trzeba jechać.

Dzień pierwszy
Złapałam przez bla bla transport z nartami bezpośrednio do Krynicy Zdrój i to okazało się z instruktorem snowboardu więc dyskusji było sporo i ciekawe. Tego wieczoru akurat zima postanowiła wyrzucić chyba wszystkie zapasy jakie miała… bo w godzinę tak zasypało drogi, że wydawało się ze nie pojedziemy ani metr dalej – drogi oblodzone, samochody w rowach, w poprzek drogi, pod górę ledwo ledwo z prędkością 5 km/h…. od Gorlic zrobiło się ciut lepiej na drogach więc jest nadzieja na dojechanie do celu. W Krynicy Zdrój też nawrót zimy. Karol z Madzią mieli po mnie wyjechać… i dojechali… tyle, że sprzęgło się spaliło przy kilku próbach wyjechania z zaspy… (Karolu biorę to sprzęgło na siebie… przynajmniej mentalnie :) ). Wieczór minął sympatycznie, wszak długo się nie widzieliśmy.

DSC_0329DSC_0358dzień drugi
Wstaliśmy nie tak bardzo z rana, śniadanko i ruszyliśmy w drogę. Cel był taki, żeby pojechać na wyciąg narciarski i pojeździć trochę. Rewelacyjnie się zjeżdżało. Warunki na początku niezbyt dobre bo deszcz padał… ale przez to mało ludzi na stoku, a w sumie było dobrze, zwłaszcza jak przestało padać :) No więc tak sobie zjeżdżaliśmy. Na koniec dnia zakładamy foki, bierzemy plecaki i ruszamy w górę. Chcemy dojść do schroniska na Wierchomli. Na górę docieramy akurat na zachód słońca… wow… Tatry jak na dłoni, piękne czerwone niebo… niesamowite widoki. No ruszyć się nie mogliśmy z miejsca. No ale kiedy już zimno po plecach przeleciało, zapodaliśmy po łyczku optymizmu i ruszyliśmy dalej. Schronisko już było widać z dala oświetlone… obiecujące ciepłą herbatę i miejsce przy kominku. Okazało się, że akurat trafiliśmy na wesele! Wiele się tu działo, nie ma co opowiadać… ale jeden z gości weselnych (Hubert – dzięki!) nie dał nam nie dołączyć do grona gości weselnych. Dostaliśmy napitek, zupę, przekąski… tańczyć w skiturowych butach się nei odważyliśmy. Ale zabawa była przednia! DSC_0351Żeby nie nadużywać gościnności wstajemy od stołu, na zewnątrz ubieramy plecaki, zapinamy narty i chcemy iść do schroniska na Hali Łabowskiej albo na Jaworzynie Krynickiej – dyskusje trwały. No i w sumie kiedy już ruszaliśmy gospodarz zaproponował taką małą chatkę z jednym łóżkiem i piecem gdzie mogliśmy przekimać. Obok schroniska rozpalony był ogień, ze schroniska dobiegał przytłumiony dźwięk weselnej muzyki, my ciuchutko z lipką i czom ty nie pryszoł przy ognisku… no bajka. Wieczór przedni. W chatce trochę napaliłyśmy więc tak bardzo zimno nie było ;) Nigdy nie wiadomo co też człowieka może spotkać w tych górach… ale wesela to bym nie przewidziała.

DSC_0352DSC_0360dzień trzeci
Rano nie możemy się w ogóle ruszyć z miejsca. Przy herbacie oglądamy Tatry jak zahipnotyzowani i tak pewnie zastaje nas południe. Okazuje się, że ów gość weselny – Hubert, który nas na wesele zaprosił, jedzie do Rzeszowa i ma akurat miejsce wolne i na narty też. No więc lepiej złożyć się nie mogło. Człowiek to ma czasami więcej szczęścia niż myśli. Z Karolem i Madzią zjeżdżamy na dół, jemy małe co nieco już w naszej ulubionej knajpie, żegnamy się… i do następnego. Trzeba będzie znów gdzieś pojechać.

termin: 9-11 stycznia 2015
Ekipa: Madzia, Karol i Goł