New York City (sierpień 2010)

new york (1)

skrawek nieba

Być tak blisko jednej z największych i najbardziej znaczących na świecie aglomeracji miejskich i nie wykorzystać tej szansy byłby wstyd. A więc, pokonując awersję do wielkich miast, traktując je jako wyzwanie rozpoczęłam eksplorację tego miasta – na raty. Pierwsze  wrażenie jest oszałamiające… tu się dzieje tak wszystko szybko, szybko się zmieniają światła na przejściach, lepiej się na chodniku nie zatrzymywać, żeby nie wstrzymywać ruchu, tylko płynąć z tłumem, metro jeździ chyba z prędkością światła i z częstotliwością taką, że jak człowiek się spóźni na jedno metro to zanim się zdąży tym przejąć to na stację wjeżdża następne, hałas klaksonów, światła neonów wokół… to wszystko może przytłoczyć w sekundzie. Ale oczywiście i w tym szaleństwie można znaleźć trochę spokoju, wystarczy trochę bardziej zagłębić się w to miasto. I to zamierzałam robić przez moich kilka tu pobytów.

Time Square

Time Square

odsłona 1:
lądowanie na JFK i nocny przejazd przez dzielnice NY trochę przytłoczyło. I jak na pierwszy pobyt było wystarczająco. Miasto które nie śpi, pędzące żółte taksówki, fruwające gazety, tłumy ludzi na Manhattanie i pustki na Bronxie, ogromne drapacze, których ostatnich pięter nawet nie widać (za to kraty w oknach do piątego piętra), w tym wszystkim policja na koniach i miasto świecące jak choinka na wigilię… wow… lepiej się stąd szybko ewakuować i powrócić innym razem, a najpierw to przetrawić.

odsłona 2:
4 lipca, w Dzień Niepodległości, okazało się, że to miasto może jeszcze bardziej wywrzeć piorunujące wrażenie. Oczywiście to największe święto i planowane z tym uroczystości kończące się pokazem sztucznych ogni, przywiodło masy ludzi. Człowiek przy człowieku, jak sardynki (dosłownie) w puszcze, z głowami podniesionymi do góry, z otwartymi buziami z wrażenia, obserwowali ferię barw na niebie. Mnie po paru minutach już szyja rozbolała, ale w końcu nie często ma się okazję oglądać takie cuda cywilizacji. Najlepiej mieli ci, co na dachach się rozłożyli i na leżąco podziwiali cały spektakl. Trzeba przyznać, że amerykanie też mają fantazję i pojechali po całości z tymi ogniami.

ulice NY

ulice NY

odsłona 3:
Po kilku nocnych odsłonach miasta czas w końcu zobaczyć je w świetle dziennym. Nic nie wydało się mniejsze, wrażenie pozostało takie samo. A wręcz powiedziałabym, że nocą jest ładniejsze (jak chyba każde miasto). Najlepiej oczywiście, samochód zostawić gdzieś na obrzeżach i poruszać się po centrum metrem, bo ciężko się raczej odnaleźć w tym ruchu ulicznym, no i nie ma sensu tracić czasu w korkach. Sztandarowym punktem wycieczki jest oczywiście Time Square i 5th Avenue – ikona centrum światowego handlu, a więc może zrobić wrażenie. Ja w związku z tym, iż czynność robienia zakupów ograniczam do maksymalnego minimum, raczej wolałam się jak najszybciej ulotnić z tego zatłoczonego miejsca (warto było na pewno zobaczyć to miejsce choćby z tego względu, że widziało się je przecież w każde święta oglądając Kevina samego, lub choćby z tego względu żeby zobaczyć najbardziej zatłoczone przejście dla pieszych na świecie…). Kolejnym punktem jest górujący nad miastem Empire State Building, który robi wrażenie ze względu chyba tylko na swoją wielkość. Poprzestałam na podziwianiu go z dołu, bo chyba w głowie by mi się zakręciło. Praktycznie z bardzo wielu miejsc NY go widać, więc dosyt był.
Miejscem, które warto było zobaczyć jest strefa Grand Zero – ciężko sobie wyobrazić, że jeszcze niedawno stały tam dwa kolosy. Pozostał pomnik „The Sphere”- rzeźba z brązu i stali o wadze ok. 25 ton, która stała na szczycie granitowej fontanny na środku placu należącego do kompleksu WTC. Podczas wrześniowego ataku została głęboko nadcięta, ale jej struktura jest nienaruszona. Widok tego miejsca skłania do zadumy.
Nie sposób nie odwiedzić Wall Street, która było pierwszym miejscem, w którym na stałe zadomowiła się Nowojorska Giełda Papierów Wartościowych i zrobić sobie zdjęcie z bykiem (i przy okazji wziąć go za rogi). Kolejka do zdjęcia bardzo długa, ale tylko z facjatą byka, z tyłu kolejek nie było, więc strzelamy sobie zdjęcie i podążamy dalej. Aby lepiej poczuć atmosferę tego miasta, udajemy się do najsłynniejszej jadłodajni – McDonald (mój pierwszy, świadomy,  raz w McD!).  Wielokrotnie ma filmach widać było piękne wnętrze dworca głównego kolejowego, więc dlaczegóż by go nie zobaczyć? Fakt, że jest to największy dworzec kolejowy na świecie, ze względu na liczbę peronów, skłania nas jeszcze bardziej. Tak, ponadto sklepienie dworca robi wrażenie. Wbrew pozorom, nie jest tu tak bardzo tłoczno.

Central Park

Central Park

Na koniec, na deser, został Central Park, żeby trochę odpocząć od tego zgiełku. Niesamowite, że w centrum miasta znajduje się taki ogromny kompleks zielony. Tysiące alejek, atrakcji, jeziorka, ławeczki, mosteczki… ulga dla ducha po takim pełnym zgiełku dniu. Tak kolejnym razem trzeba będzie pożyczyć łódkę i popływać po jeziorze. Na zakończenie dnia krótki plener fotograficzny z Brooklyn Bridge nocą (i tu po głowie chodzi piosenka… Nie brookliński most, Ale przemienić, W jasny, nowy dzień, Najsmutniejszą noc – To jest dopiero coś!)

NY nocą - Brooklyn Bridge

NY nocą – Brooklyn Bridge

odsłona 4:
Wydawało by się, że główne atrakcje zobaczone, ale to miasto kryje przecież jeszcze liczne atrakcje. Dajmy kolejną szansę miastu, żeby zachwyciło. Jest tak, ze góra robi największe wrażenie jak się ją ogląda z dołu, to może Manhattan zrobi większe wrażenie jak się go poogląda z zewnątrz? A, że na lot helikopterem nad Manhattanem mnie nie stać (w sensie odwagi) to może go opłynąć będzie lepiej.

Mantattan

Mantattan

Circle Line wykupiony, wsiadamy na pokład i czując wiatr we włosach na samym kadłubie opływamy Manhattan. Całkiem nieźle się prezentuje, do tego podpływamy pod samą Statuę Wolności, która z bliska faktycznie jest ogromna. Piękna pogoda sprzyja, a cumulusy nad miastem dodają mu uroku. Miasto punktuje. Nadszedł czas na realizację planów z przedniego wyjazdu. Kierujemy się do Central Parku, pożyczamy łódkę i wypływamy (Pan z wypożyczalni był pewien, że nie wrócimy jak zobaczył jak nam idzie wiosłowanie – Min i Mari przy wiosłach coś sobie poradzić nie mogły, ku uciesze i radości ludzi, którzy obserwowali naszą kręcąca się wokół własnej osi łódkę, ale w końcu wyszłyśmy na prostą). Popołudnie minęło w sielankowym nastroju. To była niewątpliwie najciekawsza strona NY.