Operacja Hanza – wzdłuż Bałtyku na Litwie, Łotwie i Estoni na naszych jednośladach (CZĘŚĆ II)

Tyle się działo podczas całej wyprawy, że aż trudno sobie to wszystko przypomnieć, a tym bardziej opisać. Ale próbuję dalej, a nóż komuś pomoże, na coś się przyda albo zainspisuje, albo jak ktoś by się zastanawial czy to dobry pomysł to żeby ta relacja przekonała że warto :)

Pierwsza część wyprawy była rewelacyjna, druga… była była chyba jeszcze lepsza :)

DSC_0689dzień jedenasty/poniedziałek
RYGA – RAPAZI: 72 km
Rano załatwiamy w Rydze potrzebne rzeczy takie jak zakupy, naprawa telefonu, turist info i inne. Schodzi nam aż do południa. Odwiedzamy też ruski targ gdzie łapiemy kilka okazji (np. makaron z 1 eur, który nam już starczył do  końca wyprawy). Planujemy tego dnia odnaleźć miejsce gdzie Nasi w 1605 r. pokonali w pięknym stylu szwedzkie wojska pod Kircholmem, mówi się że było to jedno z najświetniejszych zwycięstw I Rzeczypospolitej. No więc musieliśmy tam pojechać i zobaczyć to pole walki. Pytamy się w informacji turystycznej o wskazowki dojazdu, po drodze jeszcze  ludzi i wszystkie znaki oraz mapka wydrukowana przez panią w informacji prowadzą do miejsca gdzie był obóz koncentracyjny. Pomnik robi wrażenie. Jednak nie tego szukaliśmy. Ludzie o bitwie pod Kircholmem nie wiedza, ano i fakcie,  że nasi tam walczyli. W końcu pytamy takiego starszego Pana, tłumacząc mu po rosyjsku kto z kim walczył, kiedy i gdzie to jest… wiedział i ba… wytłumaczył gdzie to jest. Był nawet obelisk w tym miejscu, pewnie z 2-metrowy… położony przy drodze pomiędzy Hesburgerem, stacją benzynową a barem przydrożnym. Miejsce nie wyglądalo imponująco, ale miejsce odnaleźliśmy. Tu przerwa na mały deszcz i jedziemy dalej. W stronę Siguldy celem eksploracji Gauya National Park. Po drodze, gdzieś w lesie lapie nas burza, zjeżdżamy z drogi do pierwszego zabudowania (czyt. jedynej oznaki cywilizacji w środku lasu). Siedzimy pod wiatą przy szopie żeby tą burzę przeczekać, bo gospodarzy nie ma. Piotr opowiada, że takie rancza w środku nizczego, jeszcze w takiej burzowej sceneri, z szopami i psem na łańcuchu kojarza mu się z horrorami… ja ucinam temat i bierzemy się za studiowanie przewodnika co też mamy w okolicy do zwiedzenia… okazuje się że 4 km dalej jest nawiedzona wikarowka gdzie można zobaczyć latające przedmioty, duchy i inne… spoko… Nastrój wieczoru juz zbudowany… Przyjechała gospodyni na szczęście. Od razu grzecznie przepraszam za wtargnięcie na posesję, że tylko przeczekamy burzę i jedziemy dalej… ale zaprosiła nas na kawę… rozmawiało sie sympatycznie… dostaliśmy zupę… rozmowy coraz weselsze… dostaliśmy ręczniki i możliwośc prysznica, nie chcemy robic kłopotu ale nalegają… uradowani dziękujęmy za wszystko, dostajemy jeszcze pomidory i ogórki domowe na zapas, zbieramy się, wszak burza sie skończyła… a pani mówi że przecież możemy u nich spać bo już się ściemnia… Wzbraniamy się nie chcąc naduzywac łotewskiej gościnności ale nie ma wyproś. Dostaliśmy najlepsza wyrandę pod słońcem. Dobrzy ludzie Ci Łotysze.

DSC_0705dzień dwunasty / wtorek
RAPAZIBIRINI: 90 km
GAUYA NATIONAL PARK – spływ rzek:ą 20 km
Wstajemy o 5:00 bo dużo planów na dzisiejszy dzień. Najpierw już odważnie w świetle dnia jedziemy pod nawiedzoną wikarówkę i gotujemy sobie owsiankę na śniadanie i jedziemy dalej. Chcemy obrać kierunek na Sigulde… ale o 6 rano Sindguda wyglądała tak samo na drogowskazie więc radośnie jedziemy, po 20 km zorientowaliśmy się że coś poszło nie tak. Ale droga przez las też była piękna. Nadrobiliśmy tylko 27 km, ale cóż to jest w kontekście calej wyprawy:) Docieramy do Siguldy, kierujemy się do informacji turystycznej i pytamy co najlepiej zrobić tutaj w parku mając jeden dzień do dyspozycji. W ręce dostaje nam się folder ze spływami kajakowymi przez PN… patrzymy się na siebie i wiadomo… nie oprzemy się. Zamawiamy kajak (www.peldam.lv / 36 EUR za kajak), zostawiamy rowery w informacji turystycznej i płyniemy! Okazuje się że nie jest to kajak ale takie bardziej canou z wiosłami na jedną stronę, zamiast wygodnych siedzisk jak to w kajakach – stare deski bez oparcia…  ojj będzie się działo :) DSC_0131Spływ rzeką 5 godzin pośród pięknych okoliczności przyrody – bezcenne. Pod koniec złapała nas burza… (już trzecia podczas tej wyprawy) więc chwile grozy były, zlało nas doszczętnie ale dopłynęliśmy cali i zdrowi. Z tego strachu zaczęło nam nawet pięknie wychodzić i synchronicznie wiosłowanie… szliśmy jak strzała ;) Na lądzie już słońce świeci, więc ogarniamy się i gotujemy w centrum miasta makaroni z parówką – pyszne! Odwiedzamy parę miejsc jeszcze wokół Siguldy – jaskinię Gutmanala (z niesławną legenda z polakami w roli glównej), zamek Tuarida (najpiew podziwiamy go z kajaku w czasie burzy, a potem tylko z zza bramy, bo zamknęli nam przed nosem), centrum miasta i wyjeżdżamy w kierunku Estoni.

dzień trzynasty / środa
BIRINI – TREIMANI: 109 km
Trasa wiedzie mało uczęszczaną drogą, 20 km szutrem, po drodze bez większych atrakcji. W Birni jest zamek, który podziwiamy tylko znad jeziora (gdzie mamy mały popas), bo tak rano jest jeszcze zamknięty. Ale droga całkiem przyjemna. Wjeżdżamy wieczorem już do Estoni. Przekraczamy granicę w miejscowości Ainaži, calkiem sympatycznym miasteczko. O mało nie przegapilismy faktu przekroczenia granicy bo słabo oznaczone. DSC_0752Trafiamy na pole namiotowe w Treimani – duże, piekne, pośród drzew, nad samym Bałtykiem, czyste, z wiatami, paleniskami, toaletami z papierem toaletowym, wodą bieżącą… i to za darmo… trzeba tylko zostawić po sobie porządek. Na terenei całej Estoni dość fajnie funkcjonują takie pola, pod opieką RMK, wszystkie zaznaczona na mapie z dokładnym opisem. Ciekawe czy u nas by się to sprawdziło… Nieprawdopodobne. Ciekawie się zapowiada na tej Estoni. Podobno wzdłuż całego wybżeża 6 m od morza jest miejscem publicznym i można tam śmiało przebywać, nawet jeśli za plecami jest wypasiony np. hotel z parasolkami. Ale jest tam tyle pięknych dzikich plaż że te hotelowy omijamy.

dzień czternasty / czwartek
TREIMANI – AUDRU: 90 km
Do Parnu pierwsza część drogi rewelacyjna przez las, druga juz troche mniej bo ruchliwą drogą. Ale to tylko kawalek. W Parnu kręcimy się po mieście. Tradycyjnie odwiedzamy informację turystyczną (taaak… pół jednej sakwy to już były mapy i przewodniki… no bo jak dawali….;) ), dzień jest dość pochmurny więc na plaży jest pusto (miejscowi mówią, że jest tu najpiękniejsza plaża w całej Europie. No była spoko, ale szalu nie było ;) Wyjeżdżamy za miasto i łapie nas deszcz. Silny deszcz. Więc czekamy na przystanku i czekamy, ale ileż można. Trochę deszcz ustepuje to jedziemy dalej, znow zaczyna padać i tak sobie jedziemy i jedziemy, już wszystko jedno i rozglądamy się za perspektywnym miejscem na nocleg (gdzieś mieliśmy nadzieję na takie pole biwakowe jak poprzednie) ale nei było. Rozbijamy się w deszczu. Wszystko mokre. Ale spoko Jutro na pewno będzie piękny dzień.

dzień piętnasty / piątek
AUDRU – VIRTSU: 88 km
Dzień przywitał nas slońcem, więc jest dobrze. Droga jest super, prawie pusta. Jest i pierwszy wiatrak na naszej drodze – duży, piekny, murowany… no trzeba mu zrobić zdjęcie. DSC_0775Jeszcze tylko krok do tyłu, zeby kadr byl dobry i pech chciał, ze osy miały tam gniazdo w ziemi… wkurzyły się mocno. Ojj mocno… potem scena jak z bajki: krzyk, machanie rękami, bieg że by Usaina dogonił i rój os nad głową. Hehe. teraz jest to śmeiszne. Na ugryzienie najlepsze jest (według miejscowych których opini Piotr zasięgnął podczas akcji ratunkowej) zrobić błoto i nałożyć. Ot cała filozofia. ( „old traditional method”). Jedziemy dalej, przygoda czeka. Po drodze deszcz łapie nas, ale potem odpuszcza. Na naszej drodze kolejny wiatrak (bodajże w miejscowości Pivarootsi), więc nie omieszkamy się zatrzymać. Okazuje się, że wiatrak ma swojego gospodarza, który zaprasza nas na kawę (ojjj jaka pyszna!!) i ciasto domowej roboty… bezcenne. Ale mieszkanie we wiatraku przeklimatyczne!! wow. Kupię sobie  kiedyś taki wiatrak i tak zamieszkam. Dziękujemy za gościnę (płacimy za kawę i ciastko po 1,5 EUR) i jedziemy dalej. Docieramy do Virtsu rozbijamy się tutaj by jutro z rana złapac pierwszy prom na wyspę. Piękny dzień.

dzień szesnasty / sobota (Muhu)
VIRTSU – RANNAKÜLA: 98 km
Pierwszy prom jest o 9:00 (koszt 3,5 EUR/ os. z rowerem, rozkłady promów) więc jesteśmy już na miejscu trochę przed. Spodziwamy się małego promu takie jak pływają na Pogórzu Dynowskim albo ten do Nidy… a tu przypływa olbrzymi kilkupiętrowy prom co wygląda jak statek pasażerski… wow. Płyniemy 1 h 15 min. Zaczyna się wyspiarska przygoda. Przed nami 4 wyspy do zeksplorowania. Pierwsza z nich Muhu niby wita słońcem, ale zanim zdążymy wiatr złapać w żagle on już pokazuje swoją deszczową stronę. DSC_0807Docieramy do Liva, gdzie w turist info zasięgamy języka, ładujemy baterie, zwiedzamy kościół św. Katarzyny. Kościół ten słynie z historycznych fresków i płyt nagrobkowych w kształcie trapezu z pogańskimi symbolami. Siedzimy sobie na przystanku i gotujemy obiad (korzystając z deszczowej aury), a tu biegnie cała wyspa Muhu (przekrój wiekowy 1 – 90 lat) w corocznym Biegu Wyspy. Super widok. Wszyscy nas pozdrawiają mokrzy od deszczu, a my ich dopingujemy. Chmury się rozchodzą więc jedziemy dalej na północ wyspy zobaczyć klify. Po drodze uwagę nasza zwracają piękne przystanki autobusowe (choć autobuty tu nie jeżdżą), zadbane czyste, z okiennicami… takie małe domki. W jednym znich nawet biurko i krzesło obrotowe. Super miejsce gdyby nas tu deszcz spotkal. Ale świeci słońce więc jedziemy dalej.  DSC_0842Odwiedzamy jeszcze wioskę Koguve, wiatrak Eemu i jedziemy na wyspę Saaremaa. jest ona połączona 4 km wałem o szerokości dwóch pasów drogi. Robimy zakupy i jedziemy w kierunku Kurasare. Po drodze jeszcze deszcz, potem tęcza, potem słońce. Międzyczasie na przystanku (korzystając z tego, ze leje) robimy najlepsze chamburgery jakie do tej pory jadłam). Czas na nocleg.

dzień siedemnasty / niedziela (Saaremaa)
RANNAKÜLA – SORU: 97 km
Ranek bez deszczu ale nie cieszymy się za wcześnie. Jedziemy zobaczyć miejsce po meteorycie Kaali – podobno najbardziej okazały w całej Euroazji, który spadł tutaj 7,5 tyś lat temu.  Potem łapie nas rzęsisty deszcz. Potem przychodzi słońce. Zwiedzamy Kurasare. Zamek jest numerem jeden. Warto. Kręcimy się po mieście, po porcie, tu i tam i wyjeżdżamy z miasta by znów poczuć wiatr we włosach. W związku z tym, iż wyspa ta nazywana jest Wyspą Wiatraków, jedziemy ich szukać. DSC_0918Najwięcej ich jest w miejscowości Angla, gdzie jest ich skansen nawet. Pięknie to wyglada. Kręcimy się koło wiatraków, robimy tutaj mały popas i jedziemy dalej do portu Triigi skąd odpływają promy na wyspę Hiiumaa (3,40 EUR/os). Jest ich zdecydowanie mniej niż z lądu na Saareme, chyba 4 dziennie. Podczas 1,5 h przejażdżki promem zjadamy pól arbuza. Dopływamy na Hiume już pod wieczór… Hiuma wita nas deszczem, wiatrem, groźnymi chmurami… cos ma humory. Odjeżdżamy trochę od brzegu, żeby uciec od tego wiatru i na szczęście spotykamy na naszej drodze jeden z tych wypasionych przystanków. Opanowujemy go. W namiocie tej nawałnicy byśmy nie dali rady. Oj jak dziękowałam za ten przystanek z setką szybek, skąd mogliśmy obserwować ten spektakl.

dzień osiemnasty / poniedziałek (Hiiumaa)
SORU – KOPU: 46 km
Noc mineła spokojnie. Rano choc pogoda niewyraźna pakujemy się i jedziemy dalej. Na najbardziej na zachód wysunięty punkt wyspy gdzie ma czekać na nas w Kopu najstarszą latarnią w krajach nadbałtyckich i trzecia z najstarszych na świecie, które jeszcze pracują. Dopada nas deszcz, ale cieszymy się bo akurat jest jeden z tych przystanków. Deszcz ustaje, więc zadowoleni jedziemy dalej. Deszcz znów łapie i znów przystanek… co za fart… jedziemy dalej i znów deszcz nas łapie…. i tym razem nie ma przystanku przez 30 km…a deszcz już nie przestał nawet na minutę, a wiatr się wzmógł. Dojeżdżamy do Kopu i na horyzoncie ukazuje się przystanek… dojeżdżamy do niego ostatkiem sił, przemoczeni i zmarznięci. Jest koło 13:00 dopiero, ale postanawiamy znów opanować przystanek i tu zostać. Rozwieszamy sznurek, wieszamy mokre rzeczy (z których nie przestało kapać do rana!), gotujemy makaroni z kiełbasą, ubieramy ostatnie suche rzeczy i tak sobie siedzimy. Wkoło las i pusto, ani żywego ducha… aż tu nagle nie wiadomo skąd przychodza ludzie i czekają na przystanku, nie zdziwieni naszym widokiem. Podjeżdża autobus więc juz wiemy skąd taki ruch na przystanku. Drzwi przystanku otwierają się, wszyscy wsiadają, ale autobus nie odjeżdża… za to każdy dostaje na wejściu koszyk i… market samoobsługowy w środku okazal się być. DSC_0966(1)Nieprawdopodobne. A więc i my robimy zakupy. Tego jeszcze nei było. W środku niczego, w najbardziej kryzysowym momencie przyjeżdża do nas sklep pod same drzwi. Więc morale w grupie się poprawiają. Do tego zaczyna sie rozpogadzać (ale już nie wierzymy Hiumie! :) ). Idziemy zatem na spacer po Kopu (wszystkie rzeczy zostawaimy na przystanku, bo i kto by się pokusił na brudne mokre rzeczy?). Docieramy do latarni, która była naszym celem. Uiszczamy nawet opłatę (dostając zniżkę, kiedy Pani się dowiedziala skąd jedziemy). I siedzimy na latarni, łapiąc bryzę Bałtyku, tęcza się pojawia nawet.  Pytamy się, ale nie możemy tu niestety spać. Ale mamy swój przystanek.

dzień dziewiętnasty / wtorek (Hiiumaa)
KOPU – HAPSALU: 86 km
Jakby Kazik zaśpiewał… „ten dzien przywitał nas ulewą„… więc cóż tu zrobić. Chyba nie wyjedziemy z tej wyspy. O 10:00 przestało więc pakujemy się i jedziemy na Merekaubamaja gdzie jest wystawa rzeczy wyłowionych z Bałtyku i znalezionych na plażach Hiiumei. Jest nad czym pomysleć. Nie brakuje i polskich „znalezisk”. Obok jest sklep gdzie możemy zakupić wszystko co można okreslić mianem „sea garbage”, czyli sklep-śmietnisko (ale i tak już nas na nic nie stać). Jedziemy w kierununku stałego lądu. Deszcz nas łapie jeszcze dwa razy, ale potem znów słońce więc suszymy wszystko, korzystając z dobrej aury. Po drodze jedziemy jeszcze zobaczyć Wzgórze Krzyży. Kiedy Caryca Katarzyna II podpisała rozkaz o wysiedleniu Szwedów na Ukrainę w 1781 r., przychodzili oni tutaj i na wzgórzu zostawiali swój krzyż przed drogą. Dziś każdy zostawia tutaj swój krzyż kto odwiedza wyspę pierwszy raz. Dojeżdżamy do portu, łapiemy prom na ląd (4,5 EUR/os)  gdzie rozbijamy się gdzieś pod Hapsalu.

dzień dwudziesty / środa (Vormsi)
HAPSALU – VORMSI – GDZIEŚ W DRODZE DO TALINA: 65 km
W nocy delikany deszcz, ale nei taki straszny (a myśleliśmy że zgubiliśmy te chury deszczowe gdzieś na Hiumie). Rano jedziemy na pierwszy prom, który ma nas zawieźć na wyspę Vormsi – Wyspę Węży. Prom o 9:15 (jeden z dwóch w ciągu dnia), płynie 1,5 h, kosztuje 7 EUR/ os / w dwie strony – innych nie sprzedają. Pada. Vormsi zamieszkuje obecnie 200 osób, kiedyś zasiedlana przez Szwedów. Na wyspie dość wieje, deszcz chwilowo ustał więc jedziemy do Hullo zobaczyć Kościól św. Olafa z XIV w. i te okrągłe słoneczne krzyże, o których tyle się naczytaliśmy. DSC_1023 (24)Znajduje się tutaj największe skupisko słonecznych krzyży na świecie – bo aż 340! Niesamowite wrażenie obią na nas. Warto było, mimo już zmęczenia, nie odpuścić tej ostatniej wyspy. Z tej radości zamierzamy objechać wyspę dookoła. Do połowy bylo ok, ale potem zlapał nas deszcz z najsilniejszym wiatrem jaki doświadczyliśmy… po prostym, pod wiatr i deszcz, dając z siebie wszystko, całą parą, żeby zdążyć na ostatni prom (więc motywacja była), licznik pokazył nam 7 km/h… niesamowite żywioły. Miałam wrażenie, ze jak przestanę pedałować to zacznę jechać na wstecznym. Na prom już nie wpuszczali samochodów bo się nei mieściły, ale nas jeszcze zabrali… zdążyliśmy co do sekundy (dosłownie). Wracamy na ląd. Mokrzy, zmarznięci ale zadowoleni i usatysfakcjonowani. Teraz już mozna jechać na Talin.

dzień dwydziesty pierwszy / czwartek
GDZIEŚ W DRODZE DO TALINA – TALIN: 111 km
Dzisiejszego dnia chcemy po prostu dojechać do Talina. Czyżby koniec wyprawy? Ano chyba tak. Po drodze lapie nas tradycyjnie deszcz, ale już nas to nie rusza zupełnie. ok 14:00 dojeżdżamy do Talina. Kupujemy chałkę drożdżową i sloik dżemu i jedziemy do portu uczcić nasza wyprawę. Daliśmy radę! :) Cóż za uczucie. Kurcze… aż poczułam zmęczenie nagle.
DSC_0078Nawet nie mam parcia na zwiedzanie miasta, no ale w końcu po przejechaniu tylu kilometrów specjalnie tutaj to moze jednak trzeba :) Wlóczymy sie po starówce! Piękna! Zapada zmrok. Spotykamy się tutaj ze znajomymi (Kulka – dziękuję, ze do nas przyjechałaś !!!), wypijamy zasłużone piwko za ostatni grosz (dosłownie), wysyłamy obowiązkowo pocztówki… no i mozna wracać.
Opisalam się tyle a i tak chyba nie da się tego opisać… cóż to była za przygoda!!! :)

W drodze powrotnej zdobyliśmy jeszcze koronę Litwy, Łotwy i Estoni – trzy najwyższe szczyty tych państw… ale o tym następnym razem :)

czas całej podróży: 23 dni
Dystans całej podróży:

                                                                
568 km (pociągiem: Rzeszów – Suwałki)         1670 km (rowerem: Suwałki – Talin),

                                                                
160 km (autobus: Kolka – Ryga)                      20 km (kajakiem: Gauya NP / Łotwa)


1500 km (Auto: Talin – Rzeszów)

100 km (Prom: Vente-Nida, Virtsu-Muhu, Saaremaa – Hiiuma,
Hiiuma – Rohukula, Rohukula – Vormsi, Vormsi – Ruhukula)

 

termin: sierpień 2014Picasa-logo-2
ekipa/dream team: Piotrek, Goł

Mapka jest poglądowa – nie uwzględnia ścieżek rowerowych, jazdy plażą, promu z Vente do Nidy, a w kilometrażu są za to odcinki pokonane promem… ale… tak to leciało :)



One Comment

  1. Piotrek wrote:

    Tak sobie myśle i w sumie największe przeszkody napotkaliśmy jeszcze w PL -złamana stopka w rowerze już na dworcu w Rzeszowie (szukanie śrubki na warszawskiej Pradze to było coś:) potem ta akacja z biletami .. no ale nie zraziło to nas i potem szło jak po maśle. Te wyspiarskie ulewy i pierwsza pęknięta dętka na 20 km przed Tallinem to sama przyjemność już była hehe.Najlepsze kanikuły w życiu. Wysoko zawiesiliśmy sobie poprzeczkę .. ale teraz trzeba będzie to przebić :)