Szlakiem architektury drewnianej na Podkarpaciu – czyli 18 świątyń w dwa dni na rowerze

To jest nieprawdopodobne jak rower potrafi wciągnąć (bardziej niż chodzenie po bagnach), aż nie można przestać pedałować. Ten wiatr we włosach….. ehhh… Ano  trzeba było nadchodzący weekend dobrze wykorzystać, naoliwić łańcuch, spakować sakwy, nabić trochę atmosfer w dętki no i ruszyć w drogę. Wyjścia nie było. Jedyne nad czym się tu było zastanawiać to w którą stronę pojechać, a że każdy wybór byłby dobry to pojechaliśmy tam gdzie nas nie było jeszcze, a że wiele jeszcze takich miejsc więc wymyśliliśmy sobie motyw przewodni wyprawy – architektura drewniana na Podkarpaciu. Na Podkarpaciu jest takich obiektów ponad 200 ! Nie wszędzie są ścieżki rowerowe, ale do wszystkich prowadzą przecież drogi, więc wystarczy mieć mapę i już :) Wyznaczonych jest 9 tras na Podkarpaciu, my wybraliśmy trasę VI Lubaczowską, którą łączymy jeszcze z V Przemyską.

Mapa jest, rowery są, ekipa jest, a więc można ruszać w drogę. W piątek tuż po pracy wsiadamy w pociąg relacji Rzeszów – Przemyśl, ale wysiadamy w Radymnie, gdzie następnego dnia z samego rana chcemy pomalutku toczyć się na dwóch kółkach i każdy napotkany drewniany kościół/cerkiew przynajmniej z zewnątrz zobaczyć (bo większość z nich niestety jest zamknięta i o klucze trudno).

Obraz 121dzień pierwszy / piątek
trasa: Radymno – Łazy
Wysiadamy z pociągu w Radymnie. Już praktycznie ciemno, więc wiemy że daleko nie pojedziemy dzisiaj. Na pewno pierwszy punkt programu to sklep i zaopatrzenie się w najpotrzebniejsze rzeczy aby przetrwać dwa dni. Już po ciemku wyjeżdżamy z miasta, skręcamy na Łazy i tutaj po lewej stronie postanawiamy rozbić się w polu kukurydzy (to znaczy tuż na jego skraju). Pomysł wyborny. Gotujemy makaroni z parówkami (jak zawsze przepyszne!… że też nie mieliśmy tego dość po wyprawie do Talina?!). Urządzamy sobie długą sesję zdjęciową bawiąc się długimi czasami naświetlania z księżycem, gwiazdami, latarkami no i polem kukurydzy. Urządzamy sobie nawet spacer alejkami kukurydzianymi przy blasku księżyca…, potem biegi, a potem zabawa w chowanego… impreza była przednia. Dobrze, że na dziki nie trafiliśmy, które lubią sobie w takich polach grasować! Gdy skończyła nam się inspiracja (procentowa) do eksplorowania pola kukurydzy, pakujemy się w śpiwory i idziemy spać, bo rano trzeba wstać skoro świt i ruszyć w drogę.

Miękisz Stary_MD (3)dzień drugi / sobota
trasa: Łazy – Miękisz Stary – Wielkie Oczy – Krowica Sama – Łukawiec – Bihale – Oleszyce – Borchów – Stary Dzików
Rano ogarniamy się niespiesznie, zwijamy namiot i jedziemy w drogę. Pierwsza drewniana świątynia na naszej drodze znajduje się w Miękiszu Starym, dość popada w ruinę, do środka można śmiało wejść o ile ktoś się nei obawia że mu się dach na głowę  zawali. Ale jest tajemnicza, jest piękna, ślady historii tam widać, resztki polichromii na ścianach… za niedługo już jej może nie być, takich miejsc nie wolno omijać. Kierujemy się na Wielkie Oczy (zawsze mnie ta nazwa fascynowała, ciekawe na czyją cześć ją tak nazwali?), tam odwiedzamy po pierwsze stację benzynową gdzie zakupujemy niezbędne rzeczy, a potem  obecnie nieużytkowaną dawną cerkiew greckokatolicką (zamknięta). Jedziemy w kierunku Żmijowisk, gdzie musimy uciekać przed wściekłym psem (ale na szczęście my byliśmy szybsi… takich akcji właśnie nei lubię w jeździe na rowerze, a spotykane dość często). Pośród starych lip, przy wskazówkach miejscowych znajdujemy dawną cerkiew, mocno zarośniętą, że aż trudno było zdjęcie zrobić.  Już w następnej miejscowości, w Wólce Żmijowskiej oglądamy z zewnątrz dawną cerkiew, która też jest zamknięta. Trasa jaka wiedzie z Wólki Żmijowsiej do Krowicy Samej jest najlepszym odcinkiem na naszej trasie. Jest pięknie. Asfalt na parę kilometrów znika, jakże jest pięknie. W środku lasu znajduje się kaplica przy pięciu sosnach, z ciekawą historią. Warto tu przystanąć choć na chwilę. W Krowicy Samej spotyka nas niespodzianka, bo kościoł jest otwarty więc można wejść do środka. Jest to stosunkowo nowy drewniany kościół. We wsi trafiamy akurat na szczepienie psów – weterynarz siedzi pod drzewem a tam kolejka praktycznie przez całą wieś z psami na smyczy (na szczęście). Tutaj siadamy przy mapie i zastanawiamy się gdzie by tu pojechać. Decydujemy się kierować na Łukawiec (ale najpierw lody w sklepie!). W Łukawcu odwiedzamy najpierw kościół, a potem dawną cerkiew, przy czym cerkiew zamknięta, a z zewnątrz taka piękna. Pod sklepem zasilamy się marchewkowym kubusiem i jedziemy dalej. Do Szczutkowa dojeżdżamy w towarzystwie jakiejś olbrzymiej grupy rowerowej, która chce się do nas przyłączyć, ba! nie ma problemu, ale zamieniamy kilka słów i rozjeżdżamy się w przeciwnych kierunkach :) Dawna cerkiew, obecnie kaplica rzymskokatolica, oczywiście zamknięta, ale bryła świątyni ciekawa, taka inna niż wszystkie. Pogoda cały dzień jest wyśmienita, słońce świeci, delikatny wiaterek, nie za ciepło, nie za zimno… idealnie na rower. Wracamy na Bihalegdzie z zewnątrz oglądamy kolejną drewnianą cerkiew (to już 10 tego dnia!). Praktycznie pustą drogą jedziemy na Oleszyce, gdzie eksplorujemy murowaną cerkiew greckokatolicką pw. św. Onufrego z 1809 r. Nieużytkowana, popada w ruinę, ale robi ogromne wrażenie, nawet można wejść do środka. Następnie odwiedzamy kościół w Starych Oleszycachjest akurat otwarty bo jest po jakimś ślubie. Jedziemy na Borchów, gdzie też mamy szczęście trafić na otwarty kościół, bo akurat Pani sprzątała. Na stacji kolejowej (która wygląda na dość opuszczoną) sprawdzamy rozkład jazdy szynobusa, jaki jedzie z Horyńca do Rzeszowa, tak żeby zaplanować trasę na dalszy dzisiejszy dzień i jutrzejszy. W Oleszycach robimy jeszcze zakupy na wieczór i jedziemy w kierunku Starego Dzikowa. Gdy zmierzch mamy już na karku, zjeżdżamy gdzieś w pola i rozbijamy na polance namiot (dobrze, ze nie ma pola kukurydzy bo drugiej takiej imprezy już bym nie zniosła ;) ). Wypijamy 0,3 l cydru lubelskiego i idziemy spać. Kolejny dzień czeka :)

Obraz 222dzień trzeci / niedziela
trasa: Stary Dzików – Cewków – Moszczanica – Cieszanów – Gorajec – Nowe Brusno – Radruż – Horyniec Zdrój
W Starym Dzikowie jesteśmy skoro świt. Podziwiamy z zewnątrz okazałą murowaną cerkiew – przepiękna budowla! Po prostu wow… chyba też nieużytkowana. W Cewkowie  eksplorujemy popadającą w ruinę cerkiew. Kiedyś musiała być piękną, okazałą świątynią. Historia i czas powodują, ze takie perełki znikają… a może ktoś ją uratuje od zapomnienia? Do Moszczańca droga sympatyczna, tam znajdujemy drewnianą cerkiew, ale zamknięta. Znajdujemy piękną stara jabłoń z jabłkami (a to zaskoczenie), a więc lancz mamy zapewniony, zjadamy po kilka i jedziemy dalej. Pierwszy raz mamy kryzys mały, stosunek odwiedzanych świątyń do przejechanych kilometrów jest dość duży… hehe… ale nic to, jeszcze kilka przed nami :) Zatrzymujemy się na polu malin, trochę ich zjadamy, bo nie możemy się im oprzeć, jedziemy dalej i w polu tytoniu postanawiamy zrobić przerwę na obiad (czyli makaron z kabanosami i kostką rosołową… pierwszy raz miałam tego dość, następnym razem trzeba urozmaicić menu :) Siedzimy dłuższą chwile w tym polu tytoniowym, robimy sobie skręty z liści (ale ich nie palimy!) i tak się relaksujemy. Szkoda że nie mamy jeszcze jednego dnia bo byśmy tutaj zostali na pewno w tym polu, jest klimat. W Ułazowie kościelny otwiera nam kościół więc możemy zobaczyć go od środka. Panie pod kościołem opowiadają nam trochę o jego historii. W Cieszanowie pod sklepem spotykamy z kolei Pana, który mieszka w Norwegii i zaproponował, że jak będziemy jechać na rowerach na Nord Capp to możemy się u niego zatrzymać. Dobrze mieć kontakty wszędzie :) Pod świątynią w Gorajcu spotykamy kilku innych turystów. Dla takiej sporej grupy przychodzi żona sołtysa i otwiera nam kościół. Piękny. Najpiękniejszy jaki widzieliśmy podczas tego wyjazdu. Wnętrze robi niesamowite wrażenie, szczególnie XVII-w polichromie ukryte pod ikonostasem. Ale my  jedziemy wciąż dalej. Świątynia w Chotylubiu zamknięta na cztery spusty. Ale podczas okrążania świątyni dokoła trafiłam na spore ilości bylicy piołun, a więc zbiory zostały poczynione. Po drodze trafiamy na piękną dużą dynię, która samotnie leży na skraju drogi… pakujemy ją do sakwy z zamiarem ugotowania zupy dyniowej :) Po takich zbiorach od razu energii przybywa więc naciskamy mocniej na pedała i jedziemy zobaczyć popadającą w ruinę cerkiew w Nowym Bruśnie. Obraz 331Bryła piękna, ale  czas mocno odcisnął na niej piętno. Szkoda takich obiektów. Jedziemy do Horyńca Zdroju, gdzie planujemy zakończyć naszą małą wyprawę. Zajeżdżamy na olbrzymie lody na deptaku i tak patrzymy na  mapę, na zegarek, to na siebie… i wskakujemy na rowery by jeszcze przed odjazdem pociągu zdążyć podjechać do Radrużawszak zacny to obiekt, wpisany na listę UNESCO. Jest to jeden z cenniejszych obiektów drewnianych w całej Polsce. Faktycznie, w środku jest niesamowicie przepięknie. Super by było przyjechać tu kiedyś na koncert muzyki dawnej jakie się tu odbywają. Tak, trzeba będzie tutaj przyjechać. Spacerując dokoła świątyni, wdrapując się na dzwonnicę, nagle orientujemy się, że mamy 25 min do odjazdu ostatniego szynobusa… ojjj… ostatkiem sił, ale daliśmy radę :)

Super wyjazd, super temat przewodni, super pogoda, super ekipa… taki weekend jeden, a tyle radości. Mam nadzieję, że trochę zdjęć tych drewnianych perełek z tej wyprawy ukaże się w Leksykonie Architektury Drewnianej woj. podkarpackiego, jaki ma się niebawem ukazać (luty 2015).

Ekipa: Piotr, Goł
czas: 3 dni
kilometraż: 190 km
termin: październik 2014