Śladami Mickiewicza po Krymie

Od dłuższego czasu gdzieś po głowie chodził Krym. Na początku jakiś był nierealny i nieśmiały, później coraz częściej w głowie gościł, aż i przyszedł czas na niego. Ekipa się zebrała słuszna – w postaci trzech osób, a więc w sam raz. Plecaki spakowane, bilet na pociąg zakupiony (przez znajomego ze Lwowa, bo najlepiej kupić z wyprzedzeniem), Sonety Krymskie pożyczone z biblioteki… No właśnie… ale o sonetach za chwilę. Dojeżdżamy pociągiem do Przemyśla, łapiemy bus do Medyki, granice pieszo by złapać marszrutkę do Lwowa. We Lwowie śpimy u Pana Antoniego.
dzień 1
Rano o godz. 10:00 wsiadamy do pociągu relacji Lwów – Symferopol by w ciągu 26 godzin przemierzyć całą Ukrainę.  Tak wogóle zajawką wyjazdu było wyjść na Czatyrdah i wyrecytować sonet o tej samej wdzięcznej nazwie i to ba (!) z pamięci. Mamy dużo czasu żeby się go nauczyć. Między czasie rodzi się pomysł, że przecież można wszystkie sonety wyrecytować w miejscu ich powstania… i tak zaczęła się nasza przygoda z Krymem – śladami Mickiewicza.
Podróż pociągiem jest już pierwszym elementem przygody. Dużo się tu dzieje. Atrakcji co nie miara, humory dopisują (wspomagane minimalnie środkami rozweselającymi), każda kolejna stacja ciekawsza od poprzedniej. Zauważyliśmy, że są one tematyczne. Jedna stacja była pierogowa -  babcie sprzedawały ciepłe (pewnie prosto z garnka) pielmieni i warienki – oczywiście zaopatrujemy się w odpowiednią ilość. Kolejna stacja – morska – na której podczas parominutowej przerwy  możemy kupić ogromne ilości ryb wędzonych oraz kraby prosto ze srebrnej tacy – wyglądają one bardzo apetycznie i kusząco, więc kupujemy dwie sztuki. Niestety nie były one zjadliwe, ale jechały z nami całą drogę na honorowym miejscu. Inna stacja z kolei była pluszowa – tuziny maskotek. Tutaj jednak nie dajemy się na nic skusić. No i tak sobie jedziemy, kipiotok z wrzątkiem umożliwia sporządzenie ciepłych posiłków rodem z kuchni chińskiej, czaju co nie miara, a o inne rzeczy zatroszczyliśmy się już we Lwowie.
dzień 2
Po 26 interesujących godzinach w pociągu wysiadamy na stacji głównej w Symferopolu. Po pierwsze zakupujemy bilety powrotne, bo mamy tylko 10 dni, a trzeba kupić z wyprzedzeniem, a i tak nie udaje się kupić biletów obok siebie, ale gdzieś porozrzucane po kupiejnym wagonie. Robimy zakupy i już jesteśmy gotowi na przygodę. Postanawiamy zacząć zwiedzanie Krymu od wschodu więc  łapiemy marszrutkę do Sudaku. Sudak okazuje się bardzo sympatycznym miejscem. Największą atrakcją jest Twierdza Genueńska – zlokalizowana na skalistym wybrzeżu. W związku z tym, iż z założenia miał to być wyjazd niskobudżetowy, nie kupujemy biletów wstępu, a szukamy alternatywnych ścieżek dookoła twierdzy by podziwiać ją z każdej strony. Faktycznie robi wrażenie. Najlepiej prezentuje się z pobliskiego wzgórza, gdzie wdrapujemy się niespiesznie. W związku z tym, iż dzień chyli się ku zachodowi, wychodzimy za miasto aby znaleźć jakieś dobre miejsce pod namiot. Miejsce było zacne z pięknymi widokami o poranku.

Twierdza Genueńska w Sudaku

Twierdza Genueńska w Sudaku

dzień 3
W związku z tym, iż jesteśmy na wczasach, rano bez pospiechu wstajemy o 9, jemy śniadanko, zwijamy namiot i ruszamy dalej. Udaje nam się złapać stopa do Miejscowości Koktebel (co w w języku tureckim oznacza Kraj Błękitnych Szczytów) gdzie marzy nam się wyjść na wygasły wulkan Karadah (577 m n.p.m.). Okazuje się, że jest jeszcze przed sezonem i jest zamknięty, a co gorsza strzeżony przez strażników. Siadamy na pustej kamienistej plaży, gdzie popijając piwo „Krym” wsłuchujemy się w grzechotanie kamieni rozbijanych przez wzburzone Morze Czarne. Spoglądamy na Karadah i już jest cudownie. Czytamy między czasie, że na tej górze swoje siedlisko ma czarna wdowa (albo raczej jadowity pająk karakurt, który jest z nią mylony), że obok pływają delfiny, że to tutaj są Złote Wrota otwierające Morze Czarne. Brak ludzi, ta cisza wokół, melodia wzburzonego morza rekompensuje brak tych typowych atrakcji dostępnych w sezonie jak rejs statkiem pod Złote Wrota, wizyta w Delfinarium, wycieczka z przewodnikiem na Karadah. Siedzimy dłuższy czas zaczarowani tym miejscem, aż podszedł do nas jakiś miejscowy, który za niebotyczną sumę pieniędzy chciał nas  bokiem zaprowadzić na Karadah… wtedy nie skorzystaliśmy, a może trzeba było? Kiedy słońce już zamierza się pomału chować ruszamy dalej. łapiemy stopa do Słonecznej Doliny. Szukamy miejsca na nocleg.

Rezerwat Karadah

Rezerwat Karadah

dzień 4
Docieramy z powrotem do Sudaku z zamiarem zwiedzenia rezerwatu Nowy Świat. Docieramy na plażę, gdzie jest zupełnie pusto. Spotykamy jednego człowieka z suszoną rybą – Wołodię, który oprowadza nas po okolicy, tłumaczy gdzie koniecznie iść w Nowym Świecie, co jest ciekawe etc… aż w końcu decyduje się iść z nami. Uiszczamy opłatę mimo iż jest jeszcze przed sezonem, ale mamy przynajmniej gwarancje od strażników rezerwatu, że tłumów nie ma (czyt. zupełnie pusto). Jest to przepiękny rezerwat przyrodniczy stworzony na wystającym w morze cyplu. Niezwykle widokowa ścieżka prowadzi przez Grotę Szaliapina, Przylądek Kapczik, Zbójnicką Zatokę, Błękitną Zatokę z niezwykle malowniczą słynną Carską Plażą.

Rezerwat Nowy Świat

Rezerwat Nowy Świat

Grota Przelotowa w Rezerwacie Nowy Świat

Grota Przelotowa w Rezerwacie Nowy Świat

W poprzek cyplu znajduje się ciekawa Grota Przelotowa, która została zamknięta jakiś czas temu kiedy to strop oberwał się i przygniótł polską turystkę. Wędrujemy malowniczymi ścieżkami by zachód słońca podziwiać siedząc na pustej malowniczej plaży. Może to tutaj powstał właśnie sonet „Cisza morska”?. Recytujemy go. Tuż po zachodzie idziemy jednak dalej by tego dnia dotrzeć jeszcze do miejscowości Morskoje. Rozbijamy się na plaży i zasypiamy przy szumie morza.

Cisza Morza Czarnego

Cisza Morza Czarnego

dzień 5
Rano budzi nas Wołodia, który przyniósł nam cały czajnik wrzącej wody – a więc „ol-inkluziw” wczasy – kawa, herbata, zupka, co się komu zamarzy. Był pomysł aby poranną kąpiel odbyć w morzu, ale jednak jakoś nie potrafiłam przemóc zimna, a choróbsko, które przyplątało się jeszcze w pociągu nie ułatwiało sprawy. Wymieniamy suweniry z Wołodią, adresy, robimy zdjęcia i się rozstajemy w sympatycznych nastrojach. Jedziemy dalej stopem do Ałuszty. Ponieważ moje choróbsko nie ustępuję, a nasila się wręcz decydujemy się wynająć kwartirę od babci na dworcu (na każdym dworu zawsze siedzi kilka babć z tabliczkami informującymi, że mają pokoje do wynajęcia – najlepiej oczywiście wybrać jakąś miłą babcię, która w przeciwieństwie do wszystkich nie próbuje nachalnie Cię atakować, do tego zawsze lepiej to wesprzeć starszą babcię). Robimy krótki spacer po mieście, po czym korzystając z dostępu do kuchni gotujemy obiad i na balkonie odczytujemy sonet „Ałuszta w dzień”. Wieczór mija przy winie, gotowanych ziemniakach i ogromnych ilościach czosnku w ramach kuracji. W środku nocy towarzysze podróży budzą mnie, że przecież zapomnieliśmy o sonecie „Ałuszta w nocy”… wychodzimy więc na balkon i uroczyście zawinięci w śpiwory recytujemy.
dzień 6
Ogólnie optymistycznie przyjęliśmy, że w kwietniu na Krymie będzie lato – więc stroje kąpielowe, krem do opalania, klapki i trampki, letni śpiwór etc… okazało się jednak, że nasz optymizm był trochę za duży. Cały masyw Czatyrdahu pozostawał jeszcze w śniegu… więc podziwiamy go tylko z dołu. Decydujemy się odwiedzić Ajudah (572 m n.p.m.). Po drodze mamy trochę słońca, trochę deszczu, trochę pada śnieg, a czasami nad głowami tęcza. Góra widać chce się nam zaprezentować w każdej odsłonie. Zapewne kiedy Mickiewicz pisał „Na Ajudahu skale” nie był on jeszcze tak zarośnięty (Ajudah, nie Mickiewicz) i było z niego jeszcze cokolwiek widać. Dziś trudno znaleźć miejsce z prześwitem na morze, ale są takie miejsca i widoki zapierają dech. Na samym szczycie przy Piramidzie Siły (duża betonowa pomalowana na biało piramida, która to ma dawać siłę) recytujemy sonet. Trochę zlekceważyliśmy tą górę, wychodząc na nią w klapkach i po deszczu było momentami ślisko. Wracamy na noc do Ałuszty.

Widok na Morze Czarne z Ajudahu skały

Widok na Morze Czarne z Ajudahu skały

dzień 7
Jedziemy do Jałty pozwiedzać miasto. Podziwiamy piękną dzwonnicę św. Jana Chryzostoma, spacerujemy deptakiem wzdłóż plaży, przystajemy na chwilę pod pomnikiem Lenina, zwiedzamy Sobór Aleksandro-Newski, Ormiańską Świątynię Ripsime (tylko z zewnątrz ponieważ jest zamknięta). Pod dworcem zagadujemy taksówkarza, żeby nas zawiózł za odpowiednią ceną pod najwyższy wodospad Ukrainy Uczan-Su (98 m wysoki). Mamy szczęście podziwiać go w całej okazałości, bo latem często jest wyschnięty. Z Jałty łapiemy marszrutkę do Sewastopola gdzie na dworcu znajdujemy sympatyczną babcię i korzystamy znów z  kwartiry (40 UAH za noc/os). Zostawiamy plecaki i ruszamy zwiedzać Sewastopol. Piękne miasto. Mnóstwo atrakcji i ciekawych miejsc. Odwiedzamy m.in. Sobór św. Piotra i Pawła, Pomnik Lenina, który palcem wskazuje w stronę morza, jeden z licznych meczetów, spacerujemy wybrzeżem, łapiąc każda chwilę.
dzień 8
Z dworca łapiemy marszrutkę do Balaklawy, gdzie odwiedzamy ruiny Twierdzy Czembalo i oczywiście odczytujemy tam sonet „Ruiny zamku w Bałakławie„. Stąd rozpościera się piękny widok na zatokę, o której to nawet Homer pisał w Odyseii. W skalach zatoki w Bałakławie wykuto sztolnie w czasach ZSRR, w których mieściły się jednostki 11 Dywizji Okrętów Podwodnych, by potem stać się składnicą broni nuklearnej Floty Czarnomorskiej.  Teraz ta baza wojskowa udostępniona jest turystom – część ekipy poszła zwiedzać, a część zwiedzać Bałakławę. Pół dnia spędzamy tutaj, a na drugą część dnia przemieszczamy się aby zwiedzić jeszcze Chersonez Taurydzki – antyczne miasto greckie. Bardzo ciekawe miejsce. Zwiedzamy, robimy zdjęcia, ostatni raz przed ruszeniem w głąb Krymu rzucamy okiem na Morze Czarne z lekka nutka niedosytu, nie wykąpawszy się w nim.

Zatoka w Bałakławie

Zatoka w Bałakławie

Chersonez Taurydzki

Chersonez Taurydzki

Ostatnią marszrutką dostajemy się do Bakczysaraju gdzie zostajemy na noc – a więc okazja do recytacji sonetu „Bakczysaraj w nocy” oraz „Barczysaraj”.
dzień 9
Z pierwszymi promykami słońca ruszamy zwiedzać Pałac Chanów Krymskich, gdzie w pobliżu odczytujemy sonet „Grób Potockiej” oraz „Mogiły haremu”. Duże wrażenie robi na nas Uspieńskij Monastyr (niesamowity!) oraz Skalne Miasto Czufut-Kale (choć już mniej). Tutaj możliwość na odczytanie kolejnego sonetu „Droga nad przepaścią w Czufut-Kale„. Miejsce niezwykle ciekawe, choć w niektórych miejscach fantazja ułańska poszła za daleko… dorabianie tekturowych murów do tych klimatycznych ruin to chyba lekkie nieporozumienie. Nie mniej jednak pozostaje miłe wspomnienie po zwiedzeniu tego miasta.  Przed sezonem cisza i spokój…

Skalne Miasto Czufut - kale

Skalne Miasto Czufut – kale

„W tej ciszy tak ucho natężam ciekawie, ze słyszałbym głos z Litwy… jedźmy nikt nie woła!”
dzień 10
I na nas pora… wracamy do Symferopola, wsiadamy do pociągu i pora rozstać się z Krymem, przynajmniej na jakiś czas. Wszak zostało jeszcze parę sonetów. Doga powrotna przebiega rewelacyjnie. Pani Prowadnik mimo wszystko zalatwiła nam miejsca obok siebie, a więc w dobrych nastrojach wracamy, wspominając jeszcze świeże przygody.

Termin: 9-17  kwietnia 2011
Czas: 10 dni
Ekipa: Maciej, Ania, Goł