Tańczą Panowie, Tańcza Panie na moście w Awinion!

DSC_0406Celem wyprawy była południowa Francja i zakosztowanie prowansalskich i langwedockich smaków tamtejszych regionów. Niesamowitym bylo móc skosztować serów prosto z serowarni, poczuć zapach świeżo zebranej lawendy na każdym targu lokalnym, delektować się winem w lokalnych winnicach czy też kupić tyle co wyciśniętą oliwę z oliwek. Nie ma to jak poznawać kraj od kuchni :)

DSC_0770Ale oprócz kulinariów udało się zobaczyć wiele ciekawych miejsc. Ta południowa Francja to istny sielankowy raj (tak pomyślałam w kontekście wyprawy rowerowej… kto wie, trzeba mieć to na uwadze). Będąc na południu Francji nie można ominąć twierdzy Carcassonee. Położone w Langwedocji u podnóża francuskiej części Pirenejów jest jedną z największych atrakcji turystycznych południowej Francji, odwiedzaną rocznie przez ok. 3 mln turystów. Wpisane jest na listę UNESCO. Do środka średniowiecznego miasta wchodzimy przez zwodzony most i potężną bramę, i trafiamy na istny labirynt wąskich brukowanych uliczek i kamiennych domów pokrytych czerwoną dachówką (nie bez powodu rozgrywa się tu akcja powieści K. Moss „Labirynt”). Wśród pełnych zieleni placów i ogródków natykamy się na urokliwe winiarnie, kawiarenki i gospody. Ulice wypełnione są kolorowymi sklepikami i straganami pełnymi różnych skarbów. Gwar i tłum – czujemy się jak na średniowiecznym jarmarku – i jakoś on tu nie przeszkadza. mało pewnie kto wie, że „polskim Carcassonne” nazywane są względnie duże fragmenty średniowiecznych murów miejskich i zabudowy zachowane w Bieczu. Dowiedziałam się dopiero później, ale Carcassonne było inspiracją do powstanie jednej z najbardziej popularnych gier planszowych na świecie – a można było wziąć i zagrać na jednym z placów. Może następnym razem.
Tak włócząc się po uliczkach bez celu (choć takie włóczenie się właśnie było celem) weszłam do Bazyliki Saint-Nazaire, której wnętrze zdobią wspaniałe rzeźby, XVI-wieczne organy oraz XIV w. witraże, a tam niespodzianka -  koncert chóru męskiego, a w repertuarze rosyjskie pieśni starocerkiewne. Czterech facetów, imponujące głosy i wspaniała akustyka Bazyliki zrobiły piorunujące wrażenie. Potem spacer wzdłuż murów z 52 wieżami. Super. Cały dzień minął niesamowicie szybko, ale za to jak intensywnie. Trzeba będzie tu zajrzeć ponownie podczas tej wyprawy rowerowej co się urodziła w głowie :)

DSC_0319DSC_0328Jest taka piękna piosenka Ewy Demarczyk o tym jak Panie w sukniach liściastych tańczą na moście w Awinion. No i jak tu się nie rozmarzyć słuchając takich kawałków? No i przeszedł czas i przyszła okazja aby i temu marzeniu dać szansę :) Jesteśmy w Awinion. Cały kompleks o znacznej wartości historycznej został w 1995 r. wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO., a kojarzony jest przede wszystkim z papieżem. Jest kilka rzeczy i miejsc, które warto zobaczyć w Awinionie. Wymienić należy Pałac Papieski (fr. Palais des Papes) – budowla z XIV w., XIII-w. romańska katedra Notre Dame des Doms z kaplicami z XIV-XV w., mury obronne XII i XIV w. (fr. les Remparts) no i to co chciałam najbardziej zobaczyć to XII-wieczny most nad Rodanem zwany Pont Saint-Bénézet. Jest to najstarszy z zachowanych mostów średniowiecznych na świecie. Podczas powodzi został on zniszczony i zostały tylko 4 przęsła. Wejście na most o tej porze było już zamknięte więc trzeba będzie tam wrócić i zatańczyć :) Zawsze to dobrze mieć dobry pretekst by tam wrócić.

DSC_0375DSC_0378Mniej znanym (przynajmniej dla mnie), ale również ciekawym było miasto Arles. Arles znane jest przede wszystkim z doskonale zachowanego starożytnego amfiteatru, w którym kręcono film z Robertem de Niro pt. Ronin. Ponadto nie można ominąć takich atrakcji jak Teatr Rzymski, jedna z najbardziej znanych rzymskich nekropolii Alyscamps z zabytkowym kościołem św. Honoraty, rzymskie Termy Konstantyna, Cryptoportico – podziemna galeria jeszcze z czasów rzymskich, akwedukt, młyn oraz obelisk. Architekturę z nieco nowszej epoki reprezentuje Kościół św. Trophime oraz okoliczne opactwo. Mi i tak Arles będzie kojarzyło się z piękną starą fontanną do której nie omieszkaliśmy wskoczyć, albo wrzucić się nawzajem (zwał jak zwał, ale trudno było się powstrzymać).

Kolejnym pretekstem, żeby tu jeszcze wrócić, może być to że nie udało się tym razem zobaczyć bezkresnych fioletowych pól lawendy, bo było tuż po zbiorach, a to musi być niezły widok. Rozpoznanie terenu zrobione – trzeba tu zdecydowanie wrócić.