Borżawa (maj 2011)

Majówka zawsze jest dobrym momentem, żeby gdzieś wyruszyć. W wyższych górach jeszcze zima, więc wybieramy takie w sam raz. Ukraińskie Karpaty są rewelacyjne na wiosenne wędrowanie. Dojeżdżamy samochodem do Przemyśla, dalej bierzemy taksówkę na granicę (bo o 5 rano jeszcze busy nie jeżdżą), granicę pieszo, marszrutką do Lwowa i wsiadamy ok 10:00 do pociągu, który zawozi nas do Wołowca. Robimy zakupy w lokalnym sklepie, zaopatrujemy się w chleb, kiełbasę i piwo i ruszamy na szlak. Kiedy wychodzimy poza granice lasu i już piękne widoki radują serce, rozbijamy namioty, pieczemy kiełbaskę i delektujemy się pięknym zachodem słońca z widokiem na Połoninę Równą, Pikuja i Ostrą Horę. Tak, zachodzące słońce na P. Równą… bezcenne.

Widok na Pikuj i Ostrą Horę

Widok na Pikuj i Ostrą Horę

O poranku bez zbędnego pospiechu, jemy śniadanko, pakujemy się i zdobywamy górę Tomnatyk (1344 m n.p.m.). Dalej wędrujemy cały dzień rozległymi połoninami, dochodzimy do Wielkiego Wierchu (1598 m n.p.m.). Tutaj ile ludzi tyle marzeń na dalszą drogę, a więc rozdzielamy się na pół i jedna ekipa idzie na południowy – wschód, a druga na południowy – zachód czyli na Stoch (1681 m n.p.m.). Nasza bardziej kameralna ekipa dociera na szczyt Stocha po ok 2 godzinach, podziwiamy widoki dokoła, siedzimy chwilę, a potem decydujemy się iść z powrotem przez Wielki Wierch w stronę Magury Żydowskiej (1516 m n.p.m.).

Z tyłu Stoh (1679 m n.p.m.)

Z tyłu Stoh (1681 m n.p.m.)

Połonina Borżawa

Połonina Borżawa

Ponieważ dzień ma się już ku zachodowi rozbijamy się na przełęczy przed Magurą. Dołącza do nas ekipa ukraińców na rowerach. Razem spędzamy sympatycznie czas, przy jałowcówce i opowiadaniach o podróżach. W nocy pada zmrożony deszcz, który w połączeniu z silnym wiatrem łamie jeden z namiotów, ale nasz na szczęście wytrzymał. Pospiesznie składamy namiot, rozstajemy się z ekipą i idziemy dalej. Mgła przysłania wszystko, ścieżki rozchodzą się to na prawo to na lewo, to na wprost, mapa nam się skończyła, więc postanawiamy po prostu schodzić w dół – zawsze do jakiejś wioski się dojdzie. Pada deszcz, mgła dodaje uroku lasu, śnieżyca wiosenna kwitnie i cisza wokół. Po ok 4 godzinach schodzimy do wsi Riczka, gdzie siadamy pod sklepem aby się posilić co nieco (jak zwykle rozmowy z miejscowymi są bardzo ciekawe, takich miejsc nie powinno się na pewno omijać w swojej wędrówce!). Spędzamy jakiś czas tutaj ale mimo wszystko trzeba się ruszyć. Udaje nam się złapać stopa do Stryja (bodajże), gdzie już marszrutka czeka na nas, by zawieźć nas do Lwowa. Kolejna marszrutka wiezie nas do Szegini na granicę, granice przechodzimy pieszo. Na granicy ogromne kolejki, co się tam działo to trzeba to przeżyć (!), ale w tym tłumie spotykamy ekipę z plecakami, którzy wracają z Krymu, a że właśnie wróciłam stamtąd tydzień wcześniej to jest temat do rozmów i czas mimo wszystko na tej granicy mija szybko i sympatycznie. Okazuje się że w Medyce mają busika i zawożą nas do Rzeszowa (super się złożyło, bo wieczorem już nie było busa do Przemyśla).

Termin: weekend majowy
czas: 4 dni
Ekipa: Madzia, Aśka, Michał, Mateusz, Goł