Bałkany (listopad 2011)

Weekend listopadowy się zbliżał, a więc pewnym było, że gdzieś pojedziemy – nie wiadomo jeszcze było tylko gdzie i kto.
A, że ktoś, kiedyś, gdzieś mówił o Bałkanach – że pięknie, ze ciepło… to wystarczyło za zachętę. No i najważniejsze – jeszcze nas tam nie było. Do wyprawy podeszliśmy poważnie – ja wydrukowałam z internetu jakąś relację z pobytu kogoś w Albanii, a kolega, ba, pożyczył przewodnik po Bałkanach, zakupiliśmy zieloną kartę, zrobiliśmy zakupy w Tesco jedzeniowe i o 23:00 w piątek (tuż po zakończeniu pracy) obraliśmy kierunek południe – z myślą, że pojedziemy do Albanii zobaczyć osiołka, a po drodze, że jak będzie coś ciekawego to się zatrzymamy. 4- osobowa ekipa była gotowa do drogi.

dzień 0: wyjazd w godzinach nocnych (23:00) przez Barwinek
dzień 1: Dopóki tylko pasażerowie mogli, dotrzymywali rozmowy kierowcy, ale do świtu dotrwał tylko kierowca, reszta poległa we śnie. W związku, że mieliśmy jeden samochód, a 4 kierowców byliśmy w bardzo komfortowej sytuacji. Do tego mieliśmy dużo czasu, żeby wogóle poczytać gdzie my to jedziemy i co warto nie przegapić. Z każdym kilometrem i z każdą stroną przewodnika okazywało się, ze Bałkany to jest istny raj dla turysty,, że na każdym kroku są ciekawe rzeczy do zobaczenia. Już się nie mogliśmy doczekać kiedy to w końcu przekroczymy granicę Bośni i Harcegowiny. Przez Słowację, Węgry, przecięliśmy Chorwację by już o 17:00 przy  dźwiękach Nohavicy „…tamhle za kopcem je Sarajevo…” wjeżdżaliśmy do Sarajeva (wielokrotnie słuchając tej pięknej piosenki marzyło nam się właśnie, żeby posłuchać jej w Sarajewie). Dobrze, ze były korki i mogliśmy tą chwilę przedłużać. Zostawiliśmy samochód gdzieś niedaleko centrum, tak, żeby można było dojść pieszo do centrum, zakupiliśmy obowiązkowo po burku do zjedzenia i byliśmy gotowi na odkrywanie tego miasta nocą. Na prawdę robi ono ogromne wrażenie, zwłaszcza jeśli w głowie jeszcze dźwięczy czytana na świeżo po drodze historia tego miasta. Ślady niedawnych wydarzeń widać jeszcze w wielu miejscach. Atmosfera tego miasta, wrażenie jakie na nas zrobiło nie pozwala ot tak wyjechać od razu stąd. Wyjeżdżamy z centrum i za miastem się rozbijamy na jakimś „wzgórzu miłości” jak się rano okazuje, z pięknymi widokami na miasto z górami w tle.

Widok na Sarajewo

Widok na Sarajewo

dzień 2: Rano wracamy do centrum Sarajewa by ponownie, w innej odsłonie dnia, zwiedzić  to miasto. Niespieszenie włóczymy się po mieście, przechodzimy rzekę Miljacką to z prawej na lewą, to z lewej na prawą uroczymi mostami, odwiedzamy cmentarz muzułmański Alifakovac, położony na wzgórzu, Meczet Hadž, studzienkę Baščaršija i wiele innych ciekawych miejsc. Późnym popołudniem ruszamy jednak dalej. Przed samym zachodem słońca docieramy do Mostaru malowniczo położonego nad rz. Neretwą. W wyniku wojny miasto zostało bardzo zniszczone, później odbudowane. Kierujemy się oczywiście, żeby zobaczyć największa atrakcję Mostaru – stary most (odbudowany po wojnie), który znajduje się na liście UNESCO.

Most w Mostarze

Most w Mostarze

Dzisiaj młodzi mężczyźni skaczą z niego aby udowadniać swoją męskość. W naszej ekipie był jeden mężczyzna, ale odwiodłyśmy go od pokazywania swojego męstwa. Zachodzące słońce, śpiewy dochodzące z meczetu, bicie dzwonów dodało uroku temu miastu. Jedziemy jednak dalej. Będąc tak blisko nie sposób było nie odwiedzić Medziugorie – miejsce objawień Maryjnych. Już przy świetle księżyca wychodzimy na górę objawień (oświetloną po drodze małymi światełkami w skałach), delektujemy się ciszą na szczycie. Gdy schodzimy na dół, sytuacja jest trochę inna – dużo ludzi, ogromną liczba straganów gdzie można było kupić różańce, kamyki z góry objawień, wodę święconą, obrazki etc. Dawno nie widziałam tak komercyjnego miejsca. Spędzamy chwilę i jedziemy dalej. Stwierdzamy, że przejedziemy jeszcze granicę i rozbijemy się namiotem nad Adriatykiem w Chorwacji, żeby już „dobre ranko” było z widokiem na morze. Na granicy schodzi jednak dłużej niż standardowo – osobista kontrola i nas i samochodu. Celnicy byli jednak bardzo mili i sympatyczni, poskładali wszystko z powrotem jak należy, do tego zrobili nam herbatę i życzyli dobrej drogi po 3 h kontroli. Odjeżdżamy od granicy parę kilometrów i rozbijamy się – wszak jest już 3 nad ranem.

dzień 3: Ranek nad Adriatykiem jest cudowny. Był to bardzo dobry pomysł. Przy drodze widać ogromna liczbę sadów pomarańczowych, granatowych, cytrynowych i czego dusza zapragnie. Oczywiście nie omieszkamy zatrzymać się przy jednym by najeść się do woli pomarańczy prosto z drzew – zacne. Potem przerwa na granaty, które mimo iż były chyba niedojrzałe i wykrzywiały nam buzie, to jedliśmy jak szaleni. Radości też nie było końca jak znaleźliśmy drzewo z migdałami. Istne szaleństwo. Na mapie pokazuje się Dubrownik, więc nie można było go ominąć. Udaje nam się wejść jeszcze na bilety zniżkowe na jedną przeterminowaną legitymację – nie da się zaprzeczyć, że piękne miasto. Spędzamy tu chwile, ale tłumy ludzi nie pozwalają nam się długo tutaj delektować ciszą, więc jedziemy dalej. Bez jakiegoś planu po prostu jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża. Zatrzymujemy się w pięknym Herceg Novi – piękne zabytki, dużo zieleni, grejpfruty i daktyle na drzewach, widok na morze… niesamowicie. Zwiedzamy i jedziemy dalej.

Herceg Novi

Herceg Novi

Na mapie widać ciekawą zatokę – Kotorską. Od razu przychodzi chęć, żeby objechać dookoła niej. Wyczytaliśmy, że jest to najbardziej na południe położony fiord, a więc trzeba tam pojechać. Okazało się, że tak do końca to nie jest fiord – ale pięknie. Najbardziej urokliwe miejsce jakie widziałam – w każdym razie tak je wtedy odbierałam. Średniowieczne miasto Kotor – najpiękniejsze. Spacer pustymi wąskimi uliczkami wieczorową porą, widok na Kotor z murów miasta, wpływające statki do portu – niesamowity klimat. Rozbijamy się na pobliskim wzgórzu by jeszcze podziwiać miasto nocą z góry, a rano spojrzeć na morze.

Dzień 4: Rano widoki odbierają mowę – cala Zatoka Kotorska, sam Kotor, jednocześnie widok na morze i góry. Jesteśmy wszak bardzo blisko Lovcen NP  i na pewno trzeba będzie go zeskplorować.

Lovcen NP - widok ze Sterovnika

Lovcen NP – widok ze Sterovnika

Widzimy górę więc na nią wchodzimy. Na szczycie jakieś budynki/przekaźnik. Jest to najwyższy szczyt Lovcen NP - Štirovnik (1749 m n.p.m.). Okazuje się, ze nie ma tu szlaku na górę, że zabronione… ale Panowie są bardzo mili i spędzamy u nich na czaju dłuższą chwilę opowiadając o Polsce i słuchając o Czarnogórze. W sumie to tutaj decydujemy się nie jechać dalej do Albanii, a bardziej odkryć Czarnogórę (czas się kurczy). Jest bardzo sympatycznie ale idziemy w dalszą drogę. Podgoricę omijamy, zjeżdżamy do malutkiej miejscowości położonej nad Jeziorem Szkoderskim.

Jezioro Szkoderskie

Jezioro Szkoderskie

Tutaj spędzamy dłuższą chwilę, ta cisza, jesienne kolory, brodzące ptaki, bałkańska nuta płynąca po wodzie, Pan pływający po jezierze w łódce… nieprawdopodobnie urzekający widok. Na pewno trzeba będzie tu wrócić. Zmieniamy azymut i zaczynami kierować się pomału na północ. Zatrzymujemy się na noc w Monastyrze wykutym w skale w Ostrogu.

Dzień 6: Rano o 5:00 udajemy się na uroczystości związane z kultem relikwii założyciela, na które zostajemy zaproszeni. Jest to wydarzenie bardzo doniosłe i nawet nam się udziela nastrój. Magiczny jest ten wschód słońca, dzwon (największy na Bałkanach) bije doniośle niosąc się po dolinach, gospodarz oprowadza nas po wnętrzu pokazując liczne freski, a to wszystko bez słowa, w zupełnym milczeniu. Nawet nikt nie ma śmiałości aparatu wyciągnąć. Magie tego poranka jeszcze do dziś czuje. Kierujemy się w stronę Parku Narodowego Durmitor (osobna opowieść), gdzie spędzamy 3 dni.

dzień 7-8: Durmitor NP

dzień 9: Szwędamy się trochę po Żabliaku, spędzamy praktycznie cały dzień aby podziwiać kanion Rzeki Tara z rożnych perspektyw i ujęć – od razu rodzi się marzenie na spływ tym najgłębszy w Europie kanionem. Ale to następnym razem.

Dzień 10: powrót…

Ekipa: Em, Madzia, Arturek, Goł
Termin: listopad 2011
Czas: 9 dni



One Comment

  1. Gosia wrote:

    Genialne podsumowanie

    Urokliwy ten Mostar, a i opis z Jeziorka Szkoderskiego bardzo interesujący

    Mimo wszystko ciekawe wydają się być dni 7-9 wyprawy, o których jest niewiele ;)